Okiem blogerki. Wywiad z Ulą Michalak

Przeczytanie tego artykułu zajmie Ci około 13 minut

Ula Michalak jest stylistką wnętrz, autorką bloga o aranżacjach i designie interiorsdesignblog.com oraz kanału YouTube o tej samej tematyce, pomysłodawczynią i organizatorką Meetblogin – ogólnopolskiego zjazdu blogerów wnętrzarskich, organizatorką BlogTour – spotkań z blogerami podczas Warsaw Home, aranżerką stoiska Bloggers Zone na poznańskich targach Home Decor, gdzie współtworzy przestrzeń do prezentacji aktualnych trendów, wymiany opinii i doświadczeń osób z branży, kilkukrotną uczestniczką Safari Blog – programu, w ramach którego wybrani blogerzy z całej Europy odwiedzają słynny Milan Design Week, a także współwłaścicielką domu na łódzkim osiedlu, którego remont śledzono z nie mniejszym zainteresowaniem niż rewitalizację centrum jej rodzinnego miasta. 

Z Ulą porozmawiamy o blogowaniu i urządzaniu – lub (jak to woli) o blogowaniu o urządzaniu czy też urządzaniu z blogerami, dowiemy się, jak remontować i nie zwariować oraz poznamy najnowsze eko rozwiązania dla kuchni i łazienek. 

O blogach, blogowaniu i blogerach 

Jako twórczyni Meetblogin, ale nie tylko, bardzo aktywnie uczestniczysz w integracji środowiska polskich blogerów wnętrzarskich. Wiem, że nie obędzie się tutaj bez pewnych uogólnień, ale może wspólnie uda nam się stworzyć portret zbiorowy naszych blogerów z tego obszaru. Kim są polscy blogerzy wnętrzarscy,  a właściwie blogerki, bo na spotkaniach w ramach Meetblogin pojawiają się chyba same kobiety? Przeważają zawodowcy, profesjonalistki czy hobbistki, pasjonatki? 

Zacznę od kwestii podstawowej: żeby w ogóle być blogerem, trzeba być pasjonatem, pasjonatką danego tematu. To jest tak absorbujące i wymagające zajęcie, że nie wyobrażam sobie, aby ktoś mógł się nim zajmować bez kochania tego, co robi. Chociaż muszę gotować prawie codziennie, nie wyobrażam sobie pisania o gotowaniu – bo tego zwyczajnie nie lubię i skończyłoby się to katastrofą (śmiech). Bardzo ważnym aspektem pisania bloga – i innych twórczości internetowych: vlogów, prowadzanie konta na Instagramie itp. – jest wiarygodność. Bez pasji, pełnego oddania sprawie, ciągłego dążenia do robienia tego jak najlepiej: dawania najlepszych rad i pokazywania najlepszych rozwiązań, nasza wiarygodność nigdy nie będzie na takim poziomie, abyśmy przekonali do siebie i zatrzymali odbiorców. W wielu publikacjach i raportach to właśnie wiarygodność jest wskazywana jako najbardziej pożądana i ceniona u blogerów cecha.

A więcej jest miłych lifestylowych tekstów do poczytania przy kawie i nacieszenia oczu pięknymi kadrami wymarzonych aranżacji, czy fachowego doradztwa, które pomaga odnaleźć się w gąszczu ofert i przebrnąć przez budowę lub gruntowny remont?

Blogi wnętrzarskie tak w Polsce, jak i na świecie dzielą się na kilka podstawowych kategorii. Dwie najbardziej charakterystyczne to blogi DIY, czyli  do it yourself, zrób to sam, i blogi mocno eksperckie, prowadzone przez zawodowców, profesjonalistów, którzy przekazują wiedzę podpartą wykształceniem i praktyką. Myśle, że liczbowo rozkłada się to mniej więcej po równo. Ale są też takie blogi jak mój. Nie jestem zawodowym projektantem ani architektem wnętrz, chociaż ukończyłam kilka kursów stylizacji. I tematyka mojego bloga to odzwierciedla.  Jeśli piszę o projektowaniu, to w kontekście pracy z architektem, którą prowadziłam przy remoncie własnego domu. Istotą moich wpisów jest dzielenie się doświadczeniami.

Myślę, że stanowi to dużej wartości twojego interiorsdesignblog.com. Bo czytelnicy oprócz tego, że chcą wiedzieć, jak zrobić coś samodzielnie lub poznać opinie ekspertów, potrzebują wsparcia i porad odnośnie do tego, co ich czeka podczas remontu czy metamorfozy wnętrza. Dla zawodowców niektóre wyzwania i dylematy mogą już być właściwie niezauważalne…

Zdecydowanie. Zauważmy, że są też takie blogi i blogerzy, którzy otwarcie mówią: Słuchajcie, ja chcę się z wami uczyć tej dziedziny, nie jestem ekspertem, ale chcę się z tym zmierzyć i przekazać wam to, czego się dowiem i co odkryję w trakcie… Taka okoliczność była w pewnym sensie także u mnie. Wszyscy się dziwili, że jak to ja – stylistka wnętrz, blogerka! – angażuję architekta wnętrz do pomocy przy remoncie, i jeszcze tak wprost o tym piszę… ! A wynikało to po pierwsze z pokory, bo wiem, czego nie wiem. Co też jest bardzo ważną cechą przy blogowaniu – chociaż wiadomo, że naszym sportym narodowym jest wszechwiedza, i wszyscy, w zależności od sytuacji, jesteśmy lekarzami, politykami, sportowcami czy właśnie architektami. Naprawdę warto wiedzieć, że się nie wie. Budowa czy gruntowny remont to zbyt duża inwestycja i zbyt ważna akcja i etap w naszym życiu, by pozwolić sobie na stwierdzenie: A, jakoś to będzie. Jakoś to będzie, to można postawić namiot na kempingu lub zbudować szałas. Po drugie, uznałam, że osób w podobnej sytuacji, co moja, jest więcej, i warto napisać coś, co nieco ich uświadomi w tym temacie, da im kilka wymiernych korzyści. Chciałam stworzyć publikacje, które przyniosą różne informacje związane z remontem, pokażą różne rozwiązania. Zależało mi, aby zestawić różne perspektywy: jak to wygląda okiem architekta, dostawcy danego produktu, wykonawcy i moim – laickim okiem końcowego odbiorcy, dla którego liczy się estetyka i lifestyle, a na sprawach technicznych się nie zna. Dopiero zderzenie takich różnych opinii daje, w moim odczuciu, pełen obraz przedsięwzięcia. I chyba okazało się to cenne i potrzebne. Takie przynajmniej informacje zwrotne dostawałem.

Stylizacja Uli Michalak

Jak oceniasz polską scenę blogów wnętrzarskich?  Pomysłowość, poziom merytoryczny, jakość realizacji – od tekstów po zdjęcia? Czy czujecie się odpowiedzialni za kreowanie trendów? 

W blogosferze jest trochę jak w dżungli. Jak jesteś słaby, to cię zjedzą (śmiech). I nie mówię tu absolutnie o środowisku blogerów wnętrzarskich. Nie ma tu zażyłej konkurencji, jest za to ogromna doza wsparcia i kibicowania sobie nawzajem. Nigdy nie spotkałam się tutaj z sytuacją zazdrości, zawiści czy jakiegoś zachowania nie fair. Nie zostaniesz więc zjedzony przez kolegów po fachu, ale po pierwsze przepadniesz w szumie informacyjnym, a po drugie sam to zostawisz. Prowadząc bloga „takiego se”, szybko poczujesz się tym zmęczony i znudzony. Niektórym wydaje się, że blogowanie to takie słodkie, lekkie zajęcie. Siadasz sobie na pół godzinki wieczorem i pach, gotowe! No nie. Trzeba zrobić zdjęcia, całą sesję, obrobić to, przeredagować i tak dalej. Dlatego albo szkolimy się same w robieniu zdjęć, albo współpracujemy z fotografiami czy operatorami…. Kiedy zapada decyzja, że naprawdę chcę się tym zajmować, zaczynasz robić wszystko, aby efekt był jak najlepszy. A zwykle jest tak, że jeśli przetrwasz przez pierwszy rok blogowania, to już przetrwasz –  wsiąkniesz w to i całkowicie się temu poświęcisz.

Trochę jak z prowadzeniem własnej firmy…

Trochę tak. Ale z tą różnicą, że zakładając firmę, każdy od razu wie, że będzie ciężko. Startując z blogiem, można sobie pomyśleć, że będzie cukierkowo, high-life. Trochę sami jesteśmy tu sobie winni. Bo prezentując nasze życie na Instagramie, mało kto pokazuje np. backstage z sesji zdjęciowej. A za kulisami potrafią dziać się takie rzeczy, że można oszaleć! Do odbiorców trafiają tylko pięknie zbudowane kadry, a nie to, co w tym samym czasie dziej w np. drugim pokoju… Niech każdy jednak pokazuje to, co chce. Kreujemy jakoś swój wizerunek, swoją markę, i to jest zupełnie normalne. Blogerzy wnętrzarscy to esteci i jasne, że nie każdy chce odsłaniać i chwalić się bałaganem, jaki powstaje przy sesjach zdjęciowych. Nie chodzi o to, aby robić to na siłę. Ale warto o tym pamiętać. Za prowadzeniem bloga kryją się po prostu ciężka praca, także fizycznie, bo trzeba się również sporo nanosić. 

Segment blogów wnętrzarskich wydaje się już dość mocno nasycony. Czy jest jeszcze przestrzeń dla kolejnych autorów? Co doradziłabyś początkującym lub pragnącym zyskać nowych użytkowników blogerom?

Wcale nie myślę, że ten rynek jest aż tak bardzo nasycony. Absolutnie uważam, że nadal jest tu miejsce dla nowych twórców. Z dziewczynami na Meetblogin często sobie powtarzamy, że ten tort do podziału jest tak duży, że każdy nie tylko się naje, ale jeszcze cukrzycy dostanie (śmiech). Tematów wnętrzarskich jest mnóstwo! Spójrzmy tylko, ile mamy samych stylów wnętrzarskich. A do każdego zagadnienia można podejść na dziesiątki różnych sposobów. Ktoś będzie ekspertem i podejdzie do zagadnienia bardziej merytorycznie – od strony technicznej czy historycznej. Ktoś będzie estetą i skupi się tylko na stylizacjach i dekoracjach. I tak dalej i tak dalej… A do tego mamy tu do czynienia z niesłychanie żywą materią. Co roku pojawiają się nowe trendy, podawane są nowe kluczowe kolory. Często nie są to jakieś drastyczne przetasowania, ale na pewno jest o czym mówić. Dynamicznie zmienia się także nasze życie, co wprost przekłada się na to, jak zmieniają się trendy we wnętrzach. A w 2020 doświadczyliśmy tu właściwie rewolucji. Ewoluuje nasz gust i zamiłowania do kolejnych estetyk. Zwróćmy uwagę, że jeszcze niedawno najpopularniejszy był w Polsce styl skandynawski, a nawet – powiedziałabym – taki  troszkę „polsko-skandynawski”. Teraz widać, że przestaje on już grać rolę pierwszoplanową w naszych wnętrzach. Pojawiają się ciągoty do stylu amerykańskiego, boho, art déco. Może kryje się za tym właśnie aktualna tęsknota za podróżami, które pandemia praktycznie nam odebrała.

To prawda. W takim kontekście opisywaliśmy na Domolubnych np. rosnącą popularność stylu urban jungle…

Jasna sprawa. Teraz bardzo zachwycam się stylem nature aesthetic: kolory natury, ziemi, trawertyny, marmury – ale nie w odsłonie luksusowej! – ceramika, rękodzieło, obłe kształty, hand made, małe pracownie… Jeszcze kilka lat temu w ogóle nie było o tym mowy. 

A wracają do początkujących lub średnio sobie radzących, mimo szczerej pasji i wkładanej w to pracy, blogerów – jakie błędy mogą tu być kluczowe? 

Często są to niestety kwestie, o których ja nienawidzę mówić, ani nawet myśleć, bo sama też te błędy popełniam. SEO! Optymalizacja pod wyszukiwarki. Gdyby nie zainstalowana wtyczka Yoast, w ogóle bym nie wiedziała, jak do tego podejść. Jestem zadaniowa, więc gdy Yoast mi zaświeci czerwoną kropeczką, zawsze kombinuję, żeby zmieniła mi się ona przynajmniej na pomarańczową. A jak będzie zielona, to już pełnia szczęścia. Ale to, że wielu blogerów wnętrzarskich potyka się trochę na SEO, to też pokłosie tego, że jesteśmy pasjonatami. Z założenia nasze blogi nie powstały po to, aby podbijać pierwsze miejsca w wynikach wyszukiwania Google. To jest trochę jak z artystami-plastykami, którzy wychodzą z uczelni. Mogą robić cudowne prace, ale nikt ich nie nauczył, jak być swoim własnym menadżerem i jak te prace sprzedawać. Co nas, blogerów, obchodzą słowa kluczowe, kiedy mamy takie wspaniałe pomysły! No ale musimy o tym pamiętać, chociaż na poziomie wspomnianej wtyczki Yoast. 

Czy z bloga wnętrzarskiego oprócz satysfakcji płyną jeszcze jakieś inne korzyści? Jak wygląda komercyjna współpraca z producentami? 

Wszystko zależy od tego, na jakim jesteśmy etapie prowadzenie bloga. Nie możemy być ani tak bezczelni czy nieeleganccy, ani naiwni, żeby w pierwszych miesiącach pisania bloga oczekiwać tysięcy za pokazanie jakiegoś artykuły. No nie, na pewno nie na etapie, gdy czyta nas głównie własna rodzina i trzy sąsiadki. Zacznijmy od zastanowienia się, co możemy zaoferować producentom, agencjom itp., żeby rano móc bez wstydu spojrzeć w lustro. Kiedy pojawiają się oferty współpracy, to znaczy, że już coś sobą reprezentujemy. Powiem teraz coś, co dla wielu blogerów wnętrzarskich (i nie tylko) powinno być szczególnie motywujące. Prowadzę interiorsdesignblog.com już od 8 lat i przez ten czas bardzo niewiele współprac, które miałam, bazowało na statystykach odwiedzin, jakimi mogłam się pochwalić. Zwykle firmy, marki czy PR-owcy zwracali się do mnie dlatego, że chcieli pokazać się w takiej, a nie innej estetyce. To jest fajne i bardzo budujące. Jeśli ktoś zwraca uwagę przede wszystkim na moją osobowość, na to jak prowadzę swojego bloga: co piszę i jak wyglądają moje stylizacje na zdjęciach, to ogromnie zachęca to, aby tym bardziej zadbać o swoich czytelników. 

Wspomniałaś, jak ważna jest wiarygodność blogerów, czy takie komercyjne współprace nie szkodzą wizerunkowi?

To wszystko zależy od osoby blogera i sytuacji, w jakiej on się znajduje. Na pewno, jak powiedziałam, trzeba być uczciwym samemu ze sobą. Ale kiedy dostaniemy pierwsze oferty współpracy, to zawsze jest to wielka ekscytacja i nie ma powodów, żeby się tego wstydzić. Wow, komuś podoba się to, co robię, ktoś chce ze mną pracować, jasne, że się zgadzam, wszystko napiszę i wszystko pokażę… To zupełnie normalna reakcja. Później przychodzi takie otrzęsienie: Hej, czy to na pewno jest dobre, czy to tak powinno wyglądać?  Zachęcam, żeby myśleć o komercyjnych współpracach w kategorii budowania, współtworzenia własnego stylu, wizerunku, własnej blogowej tożsamości. Kiedy zaczynamy pisać bloga, i sama jestem tu najlepszym przykładem, często działamy intuicyjnie, trochę po omacku, nie wiemy do końca, w jakiej estetyce chcemy się obracać. Na jakimś dalszym etapie i czytelnicy, i same marki zaczynaja nas pozycjonować, wiązać z określonym targetem. Pojawiają się propozycje pasujące do tego, co robimy. Z jednym z partnerów miałam taką sytuację, że jasno określił mi, z jakich kolekcji mogę wybierać produkty, aby odpowiadały one koncepcji mojego bloga. Z innej współpracy – najpewniej intratnej, bo z dużą sieciówką – zrezygnowałem sama, bo wiedziałam już, że ich klienci i moi czytelnicy to różne grupy odbiorców. Czasami dzięki markom dowiadujemy się o swoim blogu czegoś, czego sami wcześniej nie zauważyliśmy. To bardzo cenne. 

W ogóle blogi przypominają pod tym względem obecność na targach wnętrzarskich. Tam liczy się nie tylko to, jak wygląda twoje stoisko, ale także to, kto jest twoim sąsiadem: pośród jakich marek się pojawiasz. Jeśli produkujesz wyposażenie z segmentu budżetowego, nie wystawisz się między markami luksusowymi i odwrotnie. 

W kwestii wiarygodności, istotne jest także to, że w pewnym momencie powstaje jakiś rodzaj relacji opartej na zaufaniu. Ja ufam, że produkt, który mi zaoferowano, nie zawiedzie moich czytelników. Oni ufają, że pokażę ten produkt w taki sposób, że odbiorcy dostrzegą w nim to, na czym producentowi najbardziej zależy. 

Inspiracje prosto z domu (i doświadczeń) Uli Michalak

Przyznam, że największą przyjemność podczas lektury Twojego bloga sprawił mi cykl publikacji o Twoim domu – od zakupu, przez gruntowny remont, po oprowadzenie czytelników po fascynujących wnętrzach. Sposób, w jaki o tym wszystkim opowiadasz – jednocześnie fachowy i intymny – rodzi poczucie, że urządzanie przestrzeni wokół siebie jest immanentną częścią życia, podstawową potrzebą, jak np. budowanie relacji emocjonalnych. Czym tym właśnie jest dla ciebie projektowanie wnętrz? 

Tak, na pewno mogę się pod tym podpisać. Najlepiej widać to teraz, w trakcie pandemii. Wszyscy pamiętamy te kolejki do sklepów budowlanych, prawda? Wcale nie uważam, że ludzie tak gromadnie zabrali się za swoje mieszkania z nudów. Nie było tak, że na kwarantannie obejrzeli już całego Netflixa, przeczytali wszystkie książki i doszli do wniosku, że no dobra, to teraz weźmiemy się za chatę. Nie. Po prostu zaczęliśmy spędzać w domu znacznie więcej czasu niż wcześniej i dotarło do nas, że to nie klepiący w komputer mąż czy bałaganiący pies wkurzają nas najbardziej, ale ta brudna ściana albo odłażąca tapeta. Koronawirus paradoksalnie pomógł nam uświadomić sobie, że otocznie, w którym przebywamy, ma ogromne, fundamentalne wręcz znaczenie dla naszego samopoczucia. Dla mnie ta historia zaczęła się znacznie wcześniej. Nidy nie umiałam pracować, kiedy panuje bałagan. Zawsze źle czułam się w miejscach, gdzie coś mi bardzo nie pasowało estetycznie. Na szczęście, dla moich bliskich (śmiech), byłam tego świadoma. 

Wnętrza, w których żyjemy, mają na nas szalony wpływ. Dlatego tak potwornie ubolewam nad wyglądem wnętrz polskich przedszkoli i szkół podstawowych. Musimy być świadomi, że czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.  Ale nie!  U nas to zawsze musi być jakaś straszna lamperia z olejnej!

Dekoracyjne listwy sufitowe w domu Uli Michalak

Równolegle z pracami remontowymi tworzyłaś serię Jak remontować i nie zwariować? Mogłabyś podsumować to poważne zagadnienie w trzech najistotniejszych punktach?

Po pierwsze: dłużej planuj, będziesz krócej robić. Bardzo, bardzo ważna sprawa.

Po drugie: lepiej wiedzieć, że się nie wie. Naprawdę warto skorzystać z pomocy architekta. Nie traktujmy architektów jako dodatkowego, zbędnego kosztu. Architekt pozwoli nam zaoszczędzić nie tylko mnóstwo nerwów, nieprzespanych nocy i czasu, ale też kasy. Nawet płacąc architektowi od metra stawkę, która wydaje się jakąś grabieżą, w końcowym rozrachunku będziemy na plus.  Szczególnie jeśli planujemy rozległy remont, po prostu uwzględnijmy takie usługi w budżecie. 

Po trzecie: tutaj trochę w ramach żartu, ale również szczerze powiem, że pamiętaj, że tylko ty wiesz, jak miało być. Nie dajmy się zwariować. 

Muszę zatrzymać się przy kilku elementach, które wybrałaś dla siebie, a które wzbudzają szczególną ciekawość. Na pierwszy ogień: blat kuchenny z wielkoformatowej płytki ceramicznej. To bardzo mało popularne rozwiązanie? 

Przyznam, że byłam dopiero trzecią osobą w Polsce, która się na taki blat pokusiła. Przede mną takie rozwiązanie wybrały tylko dwie blogerki wnętrzarskie. Rozwiązanie ma i swoje wady, i ogromne zalety. Podstawową wadą jest to, że wykonawcy boją się tego rozwiązania, bo jest nowe. Przygotowanie takiego blatu nie jest przesadnie skomplikowane, ale płytkarz musi współpracować ze stolarzem. Bowiem bazą pod blat z płytki musi być płyta meblowa. Stolarz tworzy bazę pod wymiar, z otworami na płytę indukcyjną, zlew i tak dalej. Dopiero na taką bazę płytkarz wkleja formatkę z płytki wielkoformatowej. Wcześniej musi jeszcze płytki zawieźć do odpowiedniego zakładu, bo stosuje się tutaj bardzo twarde płytki gresowe, które wymagają cięcia na specjalnej maszynie na waterjecie. Dodatkowo, żeby zabawy było więcej, dla zachowania estetyki płytki muszą być cięte na rantach pod kątem 45 stopni. Wiadomo, że tak się teraz po prostu płytki kładzie, bo łączenie pod kątem 90 stopni lub plastikowe listwy (sic!) odchodzą do przeszłości, ale dla płytkarza wciąż jest to pewne wyzwanie. Płytki są twarde, ale trzeba jednak uważać – ciśnięcie w nie garnkiem odpada, bo po prostu nam pękną i będzie katastrofa. Ale przejdźmy do zalet. Późniejsze użytkowanie w porównaniu z kamieniem to już niebo a ziemia. Chociaż absolutnie nie mam nic do kamienia. Pojawienie się plam lub zarysowań na kamieniu po prostu trzeba przyjąć jako naturalną część wykorzystywania i starzenia się takiej powierzchni. Trzeba być na to przygotowanym i tyle. To jest normalne, wiąże się z jakimiś wspomnieniami – w końcu mieszkanie to nie muzeam. Ale nie każdy jest na to gotowy. W Polsce wciąż uczymy się dobrodziejstwa korzystania z naturalnych materiałów. W przypadku blatu z płytki wielkoformatowej ten problem odpada i dla wielu osób będzie to rewelacja. Bo oto mogę się cieszyć „marmurem”, a on mi się nie brudzi. No i oczywiście aspekt cenowy – taki blat będzie nieporównywalnie tańszy niż kamień czy spiek kwarcowy. 

A druga rzecz, o którą chciałem zapytać, to złote elementy wykończeniowe zdobiące twoją łazienkę. Jak wprowadzać takie dodatki do łazienki, by nie wylać dziecka z kąpielą?

Myślę, że moda na złote elementy w łazience tym razem wcale nie pojawiła się w kontekście glamour, ale raczej z duchem well being. Wraz z naturalnymi barwami i materiałami. Złoto, mosiądz, miedź kojarzą nam się z czymś ciepłym – z promieniami słońca np. I tutaj doszukiwałabym się źródła tego coraz popularniejszego trendu. Warto zwrócić uwagę na formę współczesnych złotych baterii, np w ramach kilku kolekcji GROHE, Allure czy Essence. One zupełnie nie są teatralne, przeładowane. Mamy tu minimalizm, który pozwala świetnie wykorzystywać dla kontrastu takie opalizujące elementy. Gdyby to były wylewki, powiedzmy, w kształcie łabędziej głowy, to już na starcie robiłoby się trochę too much. Prosta bateria, bez ornamentów, w opalizującym złocie to coś po prostu wspaniałego. Ale zasada mniej znaczy więcej pozostaje aktualna. Decydując się na takie akcenty, pohamujmy już nasza ułańską fantazję przy doborze pozostałych elementów. Zamiast weneckich kryształowych luster postawmy na coś bardziej basic. Pozostała kolorystyka niech będzie bardziej stonowana, monochromatyczna. Kierujmy się kolorami ziemi, z której złoto się wywodzi. 

Sztukateria, listwy wykończeniowe, grafika łódzkiego projektanta, nutka secesji… Wydaje mi się, że w Twoim projekcie drzemie też trochę lokalnego, łódzkiego patriotyzmu. Zamiłowanie do porcelany Rosenthala – ze względu na wielokulturową historię miasta – też wydaje mi się bardzo „łódzkie”. Czy przy dominacji „wielkich”, globalnych stylów aranżacyjnych warto pielęgnować takie małe, rodzime tradycje? 

Przyznam, że chyba dopiero ty mi uzmysłowiłeś, że faktycznie taką lokalną patriotką chyba jednak jestem (śmich). Ale tak, sztukateria, która się u mnie pojawiła, to rzeczywiście są moje dziecięce naleciałości. Wychowałam się w kamienicy w centum Łodzi i sztukateria zawsze była dla mnie czymś naturalnym. Żaden Wersal czy utopia, ale coś osiągalnego. Bo sztukateria nie jest też synonim przepychu w pałacowym stylu. Mamy teraz tak nowoczesne listwy dekoracyjne, że można z powodzeniem stosować je także w apartamentach, zwykłych domach czy mieszkaniach w bloku. Od tematu sztukaterii właściwie zaczęłam współpracę z projektantką mojego domu. Postawiłam jej dwa warunki konieczne: nie wiem, jak to zrobisz, bo pomieszczenie jest niskie i tak dalej, ale sztukateria być musi, a dwa – to kącik śniadaniowy w kuchni. No i się zaczęło… Ale dobry architekt pokazuje swoje umiejętności właśnie wtedy, kiedy pojawiają się wyzwania i trudności, kiedy trzeba umiejętnie wykorzystać każdy centymetr. I okazało się, że się da! Wybraliśmy bardzo subtelne i delikatne listwy, w czym ogromnie pomogła nam też łódzka firma.

Delikatna sztukateria ścienna w domu Uli Michalak

Porcelana to moja druga wielka miłość. I tutaj mój apel, który już kilkukrotnie wygłaszałam (śmiech): Wyjmijcie swoją porcelanę z kredensów, zza szkła i korzystajcie z niej, cieszcie się, że ją macie. Kiedy kupujecie markową torebkę, to nie po to, żeby ją oprawić i powiesić na ścianie, ale po to, by ją nosić przy każdej możliwej okazji. Ile tracimy radości w życiu, kiedy porcelanę oglądamy tylko przez szybę. Kiedyś na jakimś forum potwornie się wszystkim naraziłam, gdy stwierdziłam, że u mnie porcelana jest w użytku na co dzień (no może nie ta ręcznie malowana, bo nie mogłabym myć jej w zmywarce). Kiedy napisałem, że moje małe dzieci piją i jedzą na porcelanie, zostałam niemal wybuczana i uznana za snobkę.

A przecież chodzi o to, aby te piękne rzeczy były w użyciu, aby sprawiały nam przyjemność. Stłucze się, to się stłucze. Trudno. Ale tych lat, kiedy piłaś kawę z cudownej filiżanki – co naprawdę wpływa na to, jak ta kawa smakuje –  nikt ci nie dobierze. 

Czy ten artykuł był przydatny?

Dziekujemy za opinie :)

Skomentuj artykuł:

Podobne w tej kategorii:

Ta strona wykorzystuje pliki cookies 🍪
w celu identyfikacji i obserwowania Użytkowników.
Warunki przechowywania plików cookies
możesz określić w swojej przeglądarce.

aktualna wersja Polityki Prywatności (z dnia 20.11.2019r.)